Broken Sword 2.5: The Return of the Templars - recenzja
Dodane przez Madzius888 dnia 01.07.2009 14:44

Metallica skończyła się na Kill’em All!


Nie, to nie jest moja opinia, ale czasem wydaje mi się, że słyszę to zdanie od (nie poparte żadnymi badaniami) co najmniej co piątej osoby, z którą rozmawiam o muzyce. Jest jednak jedna rzecz, którą słyszę z ust interlokutorów/ek zdecydowanie częściej. O co chodzi?
Broken Sword III z tymi swoimi zręcznościówkami i 3D to już nie to samo.



Nie wiem, jaką opinię o tej części jednej z najsłynniejszych serii przygodówek, mieli twórcy recenzowanego tytułu, jednak niezaprzeczalnym faktem jest to, że Broken Sword 2,5: The Return of The Templars to całkowity powrót do korzeni i niewiele innowacji w sobie ma i w zamierzeniu niewiele ma mieć.



"The rain was pattering onto the passenger plane from Madrid to Paris while it was in its final descent. Dismal day in this big city."



Nicole Collard i George Stobbart – słynna, całkiem pokręcona para (co najmniej:) ), przyjaciół: amerykański, na zabój rozkochany w sobie prawnik i młoda, energiczna francuska dziennikarka. Mimo różnic, ciągłych kłótni i przekomarzanek, jedno jest pewne – po prostu się uwielbiają. Minęło jednak kilka lat od kiedy ostatni raz się widzieli, zajęci swoją nudną codziennością... ale tego właśnie dnia coś się zmienia. Do George’a dociera niepodpisany telegram informujący, że nasza cudna i ukochana Nico… nie żyje! Załamany bohater wskakuje do pierwszego samolotu do Paryża i tak właśnie zaczyna się nowa historia. Po dotarciu na zalane strugami deszczu lotnisko i po szybkiej podróży taksówką na tak ukochaną przed laty Rue Jarry, dzwonek do drzwi dziewczyny... yyy, co to, kto to?!



C’est Nico we własnej osobie



...do tego całkiem odmieniona Nico, która nie tylko nie cieszy się na widok „boyfrienda”, ale wręcz wygania go, tłumacząc się nadmiarem pracy. Łatwo wyobrazić sobie minkę George’a i to, czym zajmował się będzie przez całą tę grę – odkrywaniem tego, co się z stało z Nico i… podróżą pełną odniesień do Cienia Templariuszy oraz, przede wszystkim, do Zamglonego Lustra.





Jak to się zaczęło?



Parę lat temu grupka niemieckich fanów twórczości Revolution Software zebrała się, żeby stworzyć kolejną opowieść przenoszącą w świat dwojga uwielbianych przezeń bohaterów. Zespół został nazwany mindFactory i nie ma nic wspólnego z oryginalnymi twórcami oraz nie działa pod patronatem Rewolucyjnego.



Jak to działa?



Po rozmowie z Nico wychodzimy na dwór i zaczepiamy kwiaciarkę, która, oprócz podzielenia się z nami informacjami, podaruje też w jakimś tajemniczym celu gazetę i zachęci do odwiedzenia parku. Przeskakujemy do tej lokacji, klikając na odpowiednie miejsce, następnie oglądamy sobie ładną fontannę naciskając na lupkę. Dla zabawy przesuwamy też wskaźnik kursora na smakowity dwumetrowy rożek i pojawiają się dwa kręcące się koła zębate. Brzmi znajomo? Nic dziwnego. Znane z Broken Sworda ikonki i stary dobry wujaszek point’n’click dalej żyją ze sobą w zgodzie w tej części i niczego innego spodziewać się raczej nie można było. Wiadomą rzeczą jest więc też widok z perspektywy trzeciej osoby i to, że pan George oraz panna Nico nie potrafią biegać :D Technika gry pozostaje więc zupełnie taka sama. W sumie, oprócz tego biegania, którego może nie mamy prawa wymagać, ale które jako gracze i graczki nowej epoki uważamy już za standard, to bardzo dobra wiadomość ;)



Tyle o systemie grania. Czas na ocenę wykonania. Warto zacząć od muzyki. Już początkowy filmik i jego profesjonalne orkiestralne udźwiękowienie zapierają dech i wróżą bardzo dobrze. Lubię się tu rozpisywać, więc dzisiaj dla odmiany krótko i treściwie: po prostu nie ma na co narzekać.
Ciągnąc temat technicznego wykonania gry, warto zatrzymać się dłużej oczywiście na grafice i tu trochę zmiana emocji. Żadnych wątpliwości nie ma co do jednego – ładne rysowanki 2D. Lokacje (a wśród nich Café de la Chandelle Verte, Montfaucon, całkiem inne muzeum, metro oraz jaskinia w Azji) są naprawdę ładne, wygładzone, podrasowane, ale dalej bardzo przekonujące i klimatyczne – super! Innowacją są za to całkiem nowiusieńkie i świeżutkie renderowane filmiki wykonane… kompletnie plastikowo i beznadziejnie – wyobrażacie sobie George’a jako Kena („mąż” lalki Barbie)? Nie? No to zagrajcie w Powrót Templariuszy i zobaczcie jak to wygląda – kompletnie do bani. Przy czym brakuje naprawdę sporo przerywników filmowych albo chociażby animacji. Przykład? Nico ma pomysł jak uporać się z problemem kratki piwnicznej. Po wykonaniu paru czynności, kiedy jesteśmy już pewni/e, że to wszystko i możemy zacząć cały proces, co się okazuje? Okazuje się mianowicie, że po prostu ekran robi się czarny, a napis na dole informuje nas, że udało się – wielkie dzięki za tę lakoniczną informację. Nie trzeba by było dużo – sama skromna, a jednak ciekawa konwencja gry wprost nasunęła mi na myśl, że można dodać po prostu kłęby kurzu, które powoli opadają i odsłaniają ciągle stateczny domek, ale już z wyrwaną kratką. Energia poświęcona na zrobienie plastikowych laleczek mogłaby zostać wykorzystana przy wykonaniu - 2D czy 3D, wszystko jedno - choćby symbolicznych, ale tak ważnych elementów.





Naturalną koleją rzeczy byłby teraz komentarz do spolszczenia… ale wiadomo, że tego, póki co, nie ma, nie jestem w stanie ocenić też zangielszczenia ze względu na nieznajomość oryginalnego języka - niemieckiego. Ze smutkiem jednak muszę powiedzieć, że moje, może nie tyle uprzedzenia, co obawy dotyczące dubbingu, spełniły się – twardy, nieprzyjazny język niemiecki, Nico po kilku kieliszkach zimnej wódki i George o tempie tra ta ta (zdziwienie) tra ta ta ta (zdziwienie) tra ta ta (zdziwienie) przez całą grę - przeszkadza to na tyle, że pewnie w końcu wiele osób zdecyduje się wyciszyć nieprzyjemne dźwięki. Póki co nie zaliczę tego do oficjalnego spisu minusów licząc na angielską wersję.



„Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych”



Kolejne przyjdzie czynić mi wyznanie. Nie należę do osób, które wielbią klasyczne Broken Swordy tylko za to, że stworzone w "złotych" latach dziewięćdziesiątych, 2D to gra och, ach, mega klimatyczna terefere i tylko wzdychać, a od razu na wejściu 10/10. Jest jednak rzecz, którą w serii bardzo cenię – wysoki poziom humoru: komizm przejaskrawionych postaci, przez zaskoczenie, trafne i (tak, tak, nawet bardzo!) ironiczne komentarze we wszystkich do tej pory wydanych częściach były naprawdę na zadowalającym poziomie. Co się stało w tej części? A nic. Oczywiście: na szczęście nic. Jest się z czego pośmiać: ciekawe uwagi George’a, Nico kiedy tylko może przygryza przyjacielowi, a momentów, w których odwołuje się do wszystkim znanych kontekstów kulturowych wprost nie zliczymy. Jeszcze więcej jest jednak odnośników do pierwszych części. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że bez znajomości dzieł Revolution gra straci dużo uroku, a tak z łezką w oku uświadamiasz sobie, że Rue Jarry – już tu byliśmy, a tam trochę w głębi jest kuchnia, że tu właśnie był cudowny witraż, na który spoglądaliśmy przez lunetę-zwój, a tam… :) Podróż sentymentalna jest naprawdę jednym z największych plusów Złamanego Miecza 2,5.
A teraz czas na ocenę fabuły. Moje subiektywne odczucie jest takie, że jest jeszcze bardziej naciągana niż fabuły wcześniejsze, ale w sumie schemat jest ten sam: jeden, dwa fakty historyczne, cała otoczka, a to wszystko przetrwa do czasów współczesnych i grozi unicestwieniem świata, czego świadomi są tylko Neotemplariusze oraz ci, którzy chcą ich powstrzymać. Do tego kupa śmiesznawych lub napuszonych dialogów, bardzo proste zagadki na kombinowanie z przedmiotami i oto cały opis. Tak jest, sprawdźcie sami, czy wam pasuje.



Broken Sword 2,5 to, jakby nie było, projekt fanowski, wahałam się więc czy ocena wg kryteriów stosowanych w przypadku gier komercyjnych, nie będzie dla niego krzywdząca. Wydaje mi się jednak, że warto tę całkiem dobrze wykonaną grę poddać normalnej ocenie. Całkiem niezła grafika, ciekawe dialogi, humor w połączeniu z naciąganiem naciąganej fabuły, krótkość rozgrywki (no, „profesjonalne BS” też tym nie grzeszą), kiepskie filmiki lub też ich brak, no i (póki co) ci okropni voice actors/actresses - to wszystko daje mi ładną i mocną 6. Pozycja, którą powinien zaliczyć, ale wcale nie musi, każdy, kto przeszedł już Lustro i Cień. Wszystkim twórcom/twórczyniom fanowskich produkcji życzę tyle zacięcia, jakim zaimponował mindFactory, i to z tak niezłymi wynikami.











6 PLUSY:

grafika
+ humor
+ powrót do klasyki
MINUSY:

filmiki
- za prosta


autorka:Madzius888


AZ72