Moebius: Empire Rising - recenzja
Dodane przez crouschynca dnia 28.04.2014 19:11

Przed Moebiusem od początku stało niełatwe zadanie i to nie tylko ze względu na nazwisko autorki projektu – Jane Jensen. Zapowiadano go bowiem jako „duchowego następcę” serii Gabriel Knight, stanowiącej najważniejsze dzieło słynnej twórczyni gier. Wprawdzie takie określenie jest bardzo nobilitujące, lecz wiąże się również z koniecznością zaspokojenia wygórowanych oczekiwań miłośników przygodówek. Czy Moebius: Empire Rising zdołał tego dokonać? Cóż, nie jest to tytuł wybitny, aczkolwiek warto spędzić z nim wolny czas.



Zanim jednak przejdę do omawiania plusów i minusów owej produkcji, pozwolę sobie poświęcić kilka zdań okolicznościom jej powstawania. O Moebiusie usłyszeliśmy po raz pierwszy w roku 2012, kiedy to Jane Jensen założyła wspólnie z mężem Robertem Holmesem studio Pinkerton Road. Wtedy też skorzystała z platformy crowdfundingowej Kickstarter, organizując tam zbiórkę pieniędzy na rzecz projektów sygnowanych nazwą nowej firmy. Co ciekawe, wydania Moebiusa nie zagwarantował wyłącznie sukces kampanii, choć oczywiście był on niezbędny. W trakcie kickstarterowej akcji pani Jensen przedstawiła pomysły na trzy gry, pozwalając darczyńcom wybrać tytuł, na którym najbardziej im zależy. W walce o poparcie fanów, Moebius odniósł bezapelacyjne zwycięstwo nad pozostałymi propozycjami, czyli Gray Matter 2 oraz Anglophile Adventures.



Moebius: Empire Rising


Utalentowany samotnik



Głównym bohaterem przygodówki jest niezwykle inteligentny i stroniący od bliskich relacji międzyludzkich Malachi Rector, który zajmuje się handlem antykami. Dzięki fotograficznej pamięci oraz ogromnej wiedzy historycznej nie ma sobie równych w ocenianiu wartości wszelakich rekwizytów. Takie umiejętności wzbudzają zarówno zachwyt, jak i niechęć. Nie wdając się w nadmierne szczegóły, zdradzę, że ciemne strony profesji Malachiego przedstawia nam intro w postaci komiksu, dostępnego z poziomu menu gry. Wstęp ten przybliża także istotny epizod z dzieciństwa protagonisty, dlatego więc zalecam zapoznać się z owym wprowadzeniem przed rozpoczęciem właściwej zabawy. A kiedy już to zrobimy, kontrolę nad Malachim przejmiemy po powrocie do jego sklepu w Stanach, wkrótce po ostatnich wydarzeniach z komiksowego prologu. Gretchen, asystentka Rectora, informuje wówczas mężczyznę o nowych zleceniach, z których jedno napłynęło od tajnej organizacji rządowej F.I.T.A.



Niecodzienna intryga



Czego od Malachiego chcą ludzie pracujący na wyższych szczeblach władzy? Jak to bywa w przypadku tajemniczych agencji, zleceniodawcy nie garną się do udzielania szczegółowych wyjaśnień. Zadanie, które przydzielają naszemu bohaterowi, jest zresztą dość osobliwe. Mianowicie F.I.T.A. wysyła Rectora do Wenecji w celu zbadania sprawy pewnej nieboszczki. Mimo że kobieta została zamordowana, mężczyzny nie czeka gonitwa za potencjalnymi podejrzanymi. Zamiast tego musi powęszyć tu i tam, a następnie stwierdzić, czy osobowość denatki oraz wiedzione przez nią życie przypominają kogoś z kart historii. Co więcej, robota dla rządu nie kończy się na wizycie we Włoszech, ponieważ Malachi odbędzie jeszcze kilka podróży, m.in. do Kairu czy Paryża. W międzyczasie dołączy zaś do niego żołnierz sił specjalnych David Walker, którego genialny antykwariusz zatrudnia jako osobistego ochroniarza.



Moebius: Empire Rising


Podobnie jak w trylogii Gabriel Knight, w Moebiusie nie mamy do czynienia ze zwyczajną kryminalną intrygą. Jane Jensen zręcznie wymieszała detektywistyczne i polityczne wątki z faktami historycznymi oraz elementami o nadnaturalnym podłożu. Paranormalny aspekt opowieści bazuje tu na ciekawej teorii powtarzalnych wzorców, według której współcześnie żyjący ludzie są swoistymi odpowiednikami ważnych person z przeszłości. Wprawdzie scenariusz nie zawiera spektakularnych zwrotów akcji, ale został sprawnie napisany i wciąga na tyle, by z zainteresowaniem śledzić dalszy rozwój wydarzeń. Wyjątek stanowi ostatni z siedmiu rozdziałów, lecz nie dlatego, iż szeroko zakrojona konspiracja nie skrywa już przed nami większych tajemnic. Otóż w końcowej partii przygodówki zbyt długo kręcimy się po podziemnym labiryncie, co niestety dość mocno wybija z klimatu.



Jak grać



Jeśli chodzi o techniczną stronę produkcji, Empire Rising oferuje przyjazne użytkownikom sterowanie oraz interfejs. Grę obsługujemy przede wszystkim przy użyciu lewego przycisku myszki. Kliknąwszy na hotspot, rozwiniemy podręczne menu z ikonami, które symbolizują możliwe do wykonania czynności. Ekwipunek umiejscowiono na prawym brzegu ekranu, co nieprzypadkowo przywodzi na myśl epizodyczne Cognition: An Erica Reed Thriller. Wszak do tworzenia Moebiusa Jane Jensen zaangażowała Phoenix Online Studios, z którym współpracowała jako konsultantka przy wyżej wymienionym projekcie. Ponadto, ważnym elementem interfejsu jest pasek wysuwający się w lewym górnym rogu ekranu. Za pośrednictwem rozmieszczonych na nim przycisków dostaniemy się do nieodzownego smartfonu, mapy, menu opcji, a także podświetlimy aktywne punkty na planszy. Warto przy tym zaznaczyć, iż powyższe funkcje przypisano również klawiszom na klawiaturze.



Moebius: Empire Rising


Moebius nie należy do tytułów, które ukończymy w przeciągu jednego wieczoru. Przejście przygodówki zajęło mi około 10,5 godziny, co jest jak najbardziej satysfakcjonującym wynikiem. Czas ten przeważnie spędzimy w skórze Malachiego, lecz w dwóch rozdziałach pokierujemy też Davidem. W grze nie zabraknie typowych dla gatunku zadań, czyli wielu konwersacji, licznych zagadek inwentarzowych oraz paru łamigłówek, które najczęściej polegają na rozgryzaniu szyfrów. Przyszykowane przez deweloperów wyzwania zostały na ogół dobrze pomyślane, zaś do ich rozwiązania przybliża baczna obserwacja otoczenia, uważne słuchanie rozmów i czytanie dokumentów. Doskwierać może jednak fakt, iż Malachi nie ma w zwyczaju podnoszenia zbędnych w danym momencie gratów. Z jednej strony, taki zabieg przyczynia się do zwiększenia realizmu. Z drugiej, czasami zmusza do backtrackingu, co nie każdemu przypadnie do gustu. Na szczęście, nie przemierzamy otwartego świata, więc konieczność powrotu po jeden przedmiot nie oznacza długotrwałej pielgrzymki. Żadnego usprawiedliwienia nie widzę natomiast dla labiryntu z ostatniego rozdziału gry. Co prawda umieszczono w nim wskazówki odnośnie kolejnych kroków, ale krążenie po monotonnym systemie korytarzy zdaje się trwać bez końca.



Mistrz dedukcji



Tym, co wyróżnia Empire Rising na tle innych point and clicków, są dokonywane przez Rectora analizy. Stanowią one pomysłową odskocznię od tradycyjnych przygodówkowych wyzwań. W trakcie rozgrywki zmierzymy się z trzema rodzajami zadań opartych na umiejętnościach naszego protagonisty. Pierwszy to dedukcje w stylu Sherlocka Holmesa, podczas których Malachi analizuje napotkanych ludzi na podstawie kilku elementów wyglądu. Przykładowo musimy wskazać, czy pot na czole wynika z upału, czy z zaniepokojenia. Drugi typ polega na weryfikowaniu autentyczności rekwizytów w oparciu o różne próbki graficzne. Trzeci i zarazem najtrudniejszy rodzaj analizy wymaga porównywania życiorysu danej osoby z biografami postaci historycznych.



Moebius: Empire Rising


Graficzne bolączki



Wizualna warstwa produkcji ujawnia niedostatki w budżecie, lecz skłamałabym twierdząc, iż grafika nie posiada jakichkolwiek zalet. Wożąc Malachiego po całym świecie, deweloperzy zaserwowali nam dużo różnorodnych plansz, które w większości przypadków zostały starannie wykonane. Na uwagę zasługują także stylizowane na komiksowe kadry cut-scenki oraz praca kamery w czasie konwersacji. Co zatem nie zagrało w grafice Moebiusa? Niestety, trójwymiarowe postaci nie grzeszą urodą i przypominają manekiny, a ponadto szwankuje ich animacja. Najbardziej boli aparycja głównego bohatera. Chociaż na twarzy całkiem niezłe z niego ciasteczko, sylwetka woła o pomstę do nieba. Mówiąc wprost, Malachi jest nieproporcjonalnie zbudowany. Barki ma zbyt szerokie, a ręce i nogi niczym patyki. Na domiar złego, chodzi jakby uwierały go „klejnoty”.



Dźwięk na medal



O ile wygląd postaci pozostawia wiele do życzenia, o tyle ich głosy nie wzbudzają najmniejszych zastrzeżeń. Pamiętano nawet o tym, aby reprezentanci różnych narodowości mówili z odmiennym akcentem. Tradycyjnie nie zawodzi też muzyka autorstwa Roberta Holmesa, który ma na swoim koncie soundtracki do innych gier Jane Jensen (Gray Matter, cykl Gabriel Knight). Skomponowane na potrzeby produkcji utwory pasują do poszczególnych lokacji oraz fabuły. Jako przykład niech posłuży Wenecja, dokąd Malachiego sprowadza sprawa zmarłej Włoszki. Odwiedzając miejsce zbrodni lub dom nieboszczki, usłyszymy dość smutną i rzewną melodię. Taka nuta wywołuje słuszne skojarzenia z nieszczęśliwą historią – w tym wypadku tragicznym losem młodej kobiety, której życie zostało w brutalny sposób przerwane. Z kolei wenecki sklep z antykami oprawiono w bardziej pogodne dźwięki, gdyż owa lokacja nie jest związana z morderstwem. Oprócz tego, w grze znajdą coś dla siebie fani zespołu The Scarlet Furies, w skład którego wchodzą mąż oraz pasierbica głównej twórczyni przygodówki. Otwierającej rozgrywkę czołówce towarzyszy kawałek pt. „The Wheel” z przyjemnym wokalem Raleigh Holmes.



Moebius: Empire Rising


Reasumując, Moebius: Empire Rising na pewno nie dorównuje perypetiom Gabriela ani Gray Matter. To po prostu solidny produkt, którego zalety w ogólnym rozrachunku przeważają nad wadami. Jeżeli więc nie będziecie oczekiwać cudów po najnowszej przygodówce Jane Jensen, powinniście czerpać przyjemność z rozrywki. Radziłabym jednak wstrzymać się z zakupem na jakąś promocję, bo premierowe ceny (29,99 dolarów lub 27,99 euro w zależności od sklepu) są stanowczo zbyt wysokie w stosunku do jakości tego tytułu.















7 PLUSY:

ciekawa fabuła
+ analizy Malachiego
+ satysfakcjonujący czas rozgrywki
+ różnorodne lokacje
+ bardzo dobry angielski dubbing
+ soundtrack Roberta Holmesa
MINUSY:

labirynt w ostatnim rozdziale
- okazjonalny bactracking
- wygląd i animacja postaci
- cena w momencie premiery


Autorka: crouschynca